Forum Forum GONE Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

[Fan-fick] 2020: Odyseja Jądrowa (tytuł roboczy ;)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum GONE Strona Główna -> Fan-Art-Fan-Fiction!
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sheva
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 18 Mar 2012
Posty: 251
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 21:11, 16 Maj 2012    Temat postu: [Fan-fick] 2020: Odyseja Jądrowa (tytuł roboczy ;)

Prolog

Kurz opadał powoli, skrząc się w ciepłym świetle. Automatyczne silniczki żaluzji brzęczały piskliwie, odgradzając wesołe, palące promyki pukające w szybę promieniowaniem UV. Ostatnie promienie uderzyły w szklane słoiki wypełnione preparatami konserwującymi zawieszone w nich martwe żyjątka. Palisandrowy regał, na którym stały, wypełniał całą zachodnią ścianę pokrytą ciemną boazerią.
Henrietta i ja siedziałyśmy w kolonialnych fotelach obitych pachnącą skórą, przy biurku do kompletu. Piętrzyły się na nim antykwarniane książki i różne papiery, starannie zapisane kaligrafią. Klimatyzacja szumiała. Dość głośno. Ale od wielu lat już nikt na to nie zwracał uwagi- ten szum stał się elementem otoczenia. Tak jak szum agregatu chłodzącego, tuż za balkonem.
Riett czytała jedną z książek znalezionych w dziale „Anatomia Ludzka”. Chwilę czytałam jej przez ramię, ale niezwykle realistyczne ilustracje wnętrzności człowieka mnie odrzuciły. Zeszłam po schodach w półmroku panującym w całym domu. Balkon w salonie był lekko uchylony, a szyby przyciemnione. To jedyne okno przepuszczające choć odrobinę prawdziwego światła.
-…według najnowszych sondaży średnia temperatura w ciągu tego tygodnia podniosła się o 0,25 °C, to dwukrotnie większy przyrost temperatury niż miesiąc temu. Mieszkańcy kwestionują, jak długo agregaty chłodzące będą wystarczać…

Witajcie w roku 2020, w świecie globalnego ocieplenia.
Jeśli wyjrzycie przez okno, nie zobaczycie nic, oprócz betonu i agregatów o zasilaniu jądrowym. Żeby było miło, śpiew specjalnie hodowanych (w zamknięciu) ptaków jest nagłaśniany na całe miasto, jedyne ocalałe i zdolne do przetrwania na zbliżającej się ku zagładzie, planecie Ziemia.

Wybaczcie za beznadzieję. I za błędy.
To jest opowiadanie na podstawie mojego snu, więc nie zdziwcie się surrealizmem świata przedstawionego. :3


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Sheva dnia Czw 15:14, 17 Maj 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sheva
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 18 Mar 2012
Posty: 251
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 15:44, 17 Maj 2012    Temat postu:

Rozdział I

Obiad przebiegł w wesołej atmosferze, jak zwykle, gdy mamy gościa.
Nikt z nas już nie przejmował się wzrostem temperatury- to, że niebawem zginiemy, było już pewnikiem. Staraliśmy się żyć chwilą.

Póki możemy, a agregaty utrzymują nas przy życiu. Stanowiły zarazem ochronę i zagrożenie- napędy jądrowe wciąż były bardzo niepewnym
i niestabilnym źródłem energii. W obecnych okolicznościach takowe znajdowały się na każdym rogu. Śmierć niosąca życie. Co za ironia.

Henrietta bardzo lubiła żarty mojego ojca. Dzielili podobny typ humoru, tak więc jej śmiech często przerywał ciszę (nie wspominam już o buczeniu, samo buczenie stanowiło dla nich miłe milczenie świata).

-…a on na to- to musi pan śmiesznie wyglądać!

Śmiech. To wcale nie było śmieszne. Chyba tylko ja jedyna myślałam o nadbiegającej sprintem apokalipsie. To wszystko jest takie sztuczne.

Jak w serialu. Skończyłam jeść. Ładnie złożyłam sztućce, tak jak uczyły podręczniki savoir-vivre z „antykwariatu”. Tak nazywaliśmy pokój na górze (ten z boazerią).

- Dziękuję – mruknęłam i poszłam na górę okiełznać walające się wszędzie książki.
- Na zdrowie, na zdrowie- powiedziała mi na odchodne mama, również śmiejąc się z kawału taty. Nikt praktycznie nie zwrócił na mnie uwagi. To dobrze.

Przeszłam korytarzem obok balkonu. Wciąż był uchylony. Korytarz był cały z betonu, dywan spaliłby się w promieniach wpadającego przez szparę słońca. Dziwne, pomyślałam, coś jest definitywnie nie tak.

Hej, tu wszystko jest nie tak! Ludzkość popełniła w przeszłości wielki błąd, teraz świat obraca się przeciwko nam. Zbliżamy się do słońca. Z każdym dniem coraz bliżej i bliżej, i bliżej…

Schody miło trzeszczały pod moim ciężarem. Kochałam antykwariat.
To było jedyne miejsce na Ziemi, w którym czułam się dobrze. Klimat dawnych lat, w których temperatura była optymalna, a powietrze świeże i czyste. Zwierzęta nie były zamknięte w klimatyzowanych terrariach. Śpiew ptaków był naturalny, nie z głośników. Nie ma co myśleć o przeszłych czasach… one nie wrócą.

Ostatni schodek. Podniosłam wzrok z podłogi i podskoczyłam, a po plecach przebiegł mi dreszcz. Na oparciu fotela, na tle słoików
stał wróbel. Niby nic. Ale co on tu do cholery robił? Bał się. Miał nastroszone pióra, trząsł się. Jego maleńka klatka piersiowa unosiła się i opadała w szaleńczym tempie. Wpatrywał się prosto we mnie, to było jak przestroga. Jak się tu dostał? Uciekł ze szklarni przez klimatyzację? Najwyraźniej. Ruszyłam się, chciałam przynieść mu okruszki. Wzdrygnął się, podleciał i upadł na podłogę. Martwy, jak zwierzątka w formalinie.

Biedaczek, nie przeżył. Za bardzo się zestresował, musiał wiele przejść, żeby się tu dostać. Jednak to nie było normalne. Wyczułam ostrzeżenie. Kiedyś mówiono, że odlatujące ptaki zwiastują kataklizm. W każdym razie tak było, gdy mogły żyć na wolności.

Byłam lekko rozdygotana. Chciałam poczuć obecność któregoś z domowników. Natychmiast. Zbiegłam po schodach. Zatrzymałam się na ostatnim stopniu i popatrzyłam na balkon. Coś jest nie tak.
Ale co?

I wtedy zrozumiałam. To było jak cios w kręgosłup. Tak bardzo przyzwyczajeni do cichego buczenia, nie zauważyliśmy, że…


…agregaty ucichły.


Usłyszałam szelest. Nie zdążyłam się obejrzeć, gdy przez balkon w dzikim pędzie wpadł kot. Uciekł i skrył się w jakimś kącie. Rodzinka nic nie słyszała, śmiech Rietty wszystko zagłuszał.
Chwilę potem wpadł pies. Labrador. Zupełnie podobny do naszego pieska, który zaginął kilka miesięcy temu. Jednak ten miał tak samo nastroszoną sierść, jak wróbel. W pysku niósł nowo narodzonego, czarnego szczeniaczka. Ojej, ratuje go! Trzeba im pomóc!
Labrador zatrzymał się na mój widok.

-Ozzy? –miałam nadzieje, że to mój ukochany pupilek.

Spojrzałam w jego wytrzeszczone w przerażeniu oczy. Zatrząsł się, jakby w odpowiedzi. Nagle, wydał niski pomruk. Podrzucił szczeniaczka nad pyskiem i złapał go z całej siły kłami. Po jego wyszczerzonej i gryzącej nerwowo i chciwie szczęce pociekła strużka ciemnej krwi. Słyszałam łamane, kruche kości.

Krzyczałam. Krzyczałam, jakbym była tym małym zmiażdżonym stworzonkiem. Rzucił się na mnie. Próbowałam go odepchnąć, już nerwami wyobraźni czułam szczęki z okrutną siłą zatapiające się w mojej łydce. Pazury rozorałyby mi brzuch gdyby nie tata zaalarmowany krzykiem. Ten wątłej postury, starszy mężczyzna przyłożył bestii z całej siły nożem kuchennym, którym przed chwilą jadł.

-Co się dzieje?! – przerażone oczy zwróciły się na mnie. W tym momencie byłam roztrzęsioną galaretą przerażenia. Krew szczeniaczka wciąż była na moim policzku, a martwy pies leżał obok.
-Uciekajmy, uciekajmy, uciekajmy… - to było jedyne słowo, które zdołałam wykrztusić piskliwym głosem ze ściśniętego gardła.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Słońce, coraz bliższe, każdego dnia zachodziło szybciej, niż poprzedniego. Ledwo skończyliśmy jeść obiad, a ono sunęło już ku horyzontowi.
Uciekaliśmy, a właściwie tylko ja uciekałam, inni szli za mną do auta. Ale to tylko ja widziałam coś, czego nie życzyłyby sobie widzieć nawet ktoś w piekle. Na dworze było wreszcie chłodno.
Nagrzany beton chodnika wciąż mógł stopić plastik, ale powietrze było rześkie. Zawieszone w nim napięcie było nie do wytrzymania.
Coś się działo. Agregaty padły. Zwierzęta uciekały. I zjadały się nawzajem, przerażone do śmierci.
Trzeba uciekać.
Stanęłam. Co za głupota. Uciekać… gdzie?!

-Gdzie my idziemy? Dokąd możemy uciec?- odwróciłam się w ich stronę
-nie mamy gdzie, poza miastem nie ma życia.

Oni też zwolnili, najwyraźniej też o tym nie myśleli.
Co za bezmyślny ludzki instynkt… ucieczka, proste i przyjemne wyjście z trudnych sytuacji.

Wtedy rozległ się alarm. Wyjąca jak płaczące dziecko, budząca lęk
syrena wojenna. Nienawidziłam tego dźwięku. Niepokój- najgorsza z emocji. Zaniepokojony człowiek jest zdolny do rzeczy, których by się po sobie nie spodziewał.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Sheva dnia Sob 0:11, 19 Maj 2012, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
VeryOriginalNick
Pirokinetyk
Pirokinetyk


Dołączył: 17 Gru 2010
Posty: 768
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Cydonia
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:48, 17 Maj 2012    Temat postu:

Wow, niesamowicie mi się podoba. Kocham takie apokaliptyczne wizje *.* Chciałabym, żeby mi się takie sny śniły. Albo jakiekolwiek.
Błędy mi się w oczy nie rzuciły - może gdybym przeczytała 2 raz coś bym znalazła, ale znaczy to tyle, że na pewno nie ma rażących byków. *Rób spacje przed otwarciem i po zamknięciu nawiasów.
W miejscu '~~~~~...~" brakuje mi fragmentu rozmowy, pakowania się - czegokolwiek - żeby nie było takiego gwałtownego przejścia między ratowaniem dziewczyny a jej przewodzeniu ucieczce bez żadnego planu. Ten ostatni fragment wymaga moim zdaniem dopracowania, poza tym jest dobrze.
Nie mogę się doczekać kolejnej części. Wesoly


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sheva
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 18 Mar 2012
Posty: 251
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 0:06, 19 Maj 2012    Temat postu:

Ua, cieszę się, że komuś się podoba! C:
Już poprawiam nawiasy.
A przejście między ratunkiem a ucieczką miał być gwałtowny. Wszystko jest przemyślane. Cool

A oto kolejny fragment:


Łzy bezwiednie spływały mi po policzkach i skrzyły się w sztucznym świetle latarni. Auto stało kilka metrów dalej. Bezpiecznie. W zamknięciu. Cisza. Teraz nie liczył się cel, a sama ucieczka.
Strach. Paraliżujący. Człowiek nie jest w stanie myśleć racjonalnie.
Wojna. To słowo budziło grozę. A wojna w obliczu apokalipsy? Totalny chaos.
Biegłam, a nade mną przeleciało stado roztrzęsionych ptaków. Dopadłam klamki drzwi samochodu. Zamknięte.

- Otwórz to, otwórz to, do cholery! - rozpaczliwie szarpałam się z drzwiami, wrzeszcząc do taty.

- Spokojnie, już otwieram! - co za głupota. Spokój i opanowanie w takiej sytuacji? Powodzenia życzę.

Kojący dźwięk odsuwanego zamka. Gwałtownym ruchem otworzyłam drzwi i rzuciłam się na siedzenie. Rodzice i Henrietta podeszli do auta i przyglądali mi się zmartwionym wzrokiem. Pusto patrzyłam się w dal.

- Hej, spokojnie...
- Jedźmy już. Po prostu jedźmy.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Nieuczęszczana od wielu lat autostrada wtedy też była pusta. Koła toczące się po asfalcie wydawały miły dźwięk, a silnik zagłuszał nieustające wycie alarmu. Opierałam się o szybę parzącą zimnem w czoło.
Jedziemy. Przemieszczamy się.
Im dalej, tym lepiej. Im dalej od… czego?

Od miasta. Coś jest w mieście. Na pewno.
Nie chcę wiedzieć co. Wzdrygnęłam się gdy Henrietta szturchnęła mnie w ramię wyrywając moje myśli z dziwnej strefy umysłu.

- Boże, strasznie wyglądasz – stwierdziła, gdy odwróciłam się
w jej stronę – jak wystraszony chomik.

Nie odpowiedziałam. Nie chciałam mówić o tym, jak niewiele mijała się z prawdą. Tak się właśnie czułam- jak mokry, wychudzony i trzęsący się, bezbronny gryzoń.

-Gdzie jedziemy? –spytała.
-Ptaki podążały w tamtą stronę. One instynktownie lecą tam , gdzie jest lepiej. Dlatego myślę, że to właściwy kierunek
-odwróciłam się w stronę rodziców na przednich siedzeniach
- mamo, tato, jak myślicie, co się dzieje? Oprócz zagłady planety, oczywiście.
Cisza. Mama popatrzyła na tatę ze zmarszczonymi brwiami. Zwiesiła głowę i włączyła radio.

A radio co? Nic. Szumiało jak głupie.

- Szlag by to… - syczący szept wyrwał się jej z ust. Potarła skronie w depresyjnym geście.

Wspaniały dzień, pomyślałam z sarkazmem. Idealny wręcz. Przygoda musi być.

- To co, jedziemy na ostatni piknik przed końcem świata? – tata silił się na żarty, nawet w tak beznadziejnej sytuacji.
Ale nikt się nie śmiał.

Wyjrzałam przez okno na sunące w dali, rozgrzane do czerwonego poblasku, jak małe wygasłe słońca, głazy. Przynajmniej mamy codziennie ładną pogodę. Bezchmurne, gwieździste niebo…

Zaraz, zaraz…

- Gdzie są gwiazdy?!- krzyknęła Henrietta, która spostrzegła to w tej samej chwili, co ja – nie ma ich. Zniknęły – zmrużyła oczy – nie, chwila… są, ale dalej. Nad nami jest pustka!

Tata zatrzymał samochód. Wysiedliśmy.

- O cholera.

Patrzyliśmy w niebo. Dookoła miasta nie było gwiazd. Nic. Pusto. Przytłaczający widok.
Droga, którą przyjechaliśmy tonęła w mroku. Przestrzeń przed nami zdawała się pochłaniać światło. Jak czarna dziura, która przyciągała. Zapragnęłam iść w tą ciemność, mimo palącej się w głowie czerwonej lampki.
Nie idź tam, stój! Stój!

Mama miała słabszą wolę. Szła niczym lunatyk. Zatapiała się w czerń. Tata stał dalej przy aucie. Nawet nie mogliśmy jej powstrzymać.

I wtedy…

Puff.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Sheva dnia Sob 0:13, 19 Maj 2012, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
VeryOriginalNick
Pirokinetyk
Pirokinetyk


Dołączył: 17 Gru 2010
Posty: 768
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Cydonia
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 20:24, 19 Maj 2012    Temat postu:

Puff? No, no, ciekawie...
"Powodzenia życzę." mnie poraziło - wiem, też tak mówię, ale w opowiadaniu po prostu mnie taki potoczny zwrot przeraża.
Druga rzecz to zachowanie rodziców - główna bohaterka sprawia wrażenie jakby była jedyną racjonalnie myślącą osobą lub kazała rodzinie - nieświadomej zagrożenia - uciekać, a oni tak po prostu wsiadają do samochodu i robią co ona każe bez żadnego wyjaśnienia... Nie klei mi się to. Ale może tu też jest to zabieg celowy - nie wiem, jaki jest Twój plan, po prostu mówię co myślę po tych kilku fragmentach Zawsze inaczej jest gdy czyta się wciągającą książkę i po kolei się wszystko wyjaśnia, a tak to mam możliwość podzielenia się z Tobą moimi uwagami.
Interesująca jest wzmianka o wojnie - nie rozwinęłaś wątku, więc nie wiem czy coś będzie dalej czy nie. Jeśli tak to mam nadzieję, że wyjaśnisz skąd się myśl o wojnie wzięła.
Tyle krytyki (konstruktywnej mam nadzieję ).
Że bardzo mi się podoba już mówiłam, że czekam na ciąg dalszy również... O, lubię to jak ludzie wiedzą w którym momencie urwać rozdział, cenię to bardzo Wesoly)
Jeszcze raz: czekam na dalszy ciąg


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Luminance
Bez mocy
Bez mocy


Dołączył: 26 Mar 2012
Posty: 44
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: dolnośląskie
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 18:57, 02 Cze 2012    Temat postu:

Ciekawy pomysł, podobają mi się te fragmenty, tylko powtarzasz wyrazy (ale tym się nie przejmuj, trochę synonimów i tyle, poza tym, zawsze rzuca mi się to w oczy, takie zboczenie Wesoly). Tak jak VeryOriginalNick zdziwiło mnie to, że bohateraka powiedziała, że mają uciekać, więc rodzinka wpakowała się do auta i pojechała Mruga Nie mniej jednak, tekst jest dobry, podoba mi się, czekam na ciąg dalszy <3 I nie przejmuj się krytyką, sama dopiero zaczynam publikować cokolwiek w internecie, więc wielkim ekspertem nie jestem Mruga

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sheva
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 18 Mar 2012
Posty: 251
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 22:47, 03 Cze 2012    Temat postu:

Rozdział 2

Zniknęła. Najpierw ona potem ojciec. Puff, nie ma ich.
Dokładnie w miejscu, w którym stała pojawiła się ściana.

Mlecznobiała i świecą zimnym, jaskrawym światłem. Nierzeczywista. Rozejrzałam się. Światły mur rozciągał się na wiele kilometrów i łagodnie skręcał otaczając teren miasta. Na górze zaginał się do wewnątrz. Kopuła. Jasna, rażąca, chłodna kopuła.

- Boże, co to jest? - Riett usiadła z wrażenia na piasku.

Sama chciałabym wiedzieć. Podeszłam do anomalii.
Długo wahałam się zanim jej dotknęłam. Przyłożyłam do niej rękę i natychmiast ją zabrałam- moje palce wyglądały jakby były polane freonem. Przypomniałam sobie eksperyment ze szoły podstawowej. Pani Profesor zanurzyła różę w ciekłym azocie. Gdy ją wyjęła, była pokryta szronem, ulotna. Lekkie machnięcie nią sprawiło, że się rozpadła.
Moja ręka właśnie tak wyglądała. Jak ta róża, która momentalnie się rozpadła.

Henrietta patrzyła się na mnie jak na wariatkę. Pewnie też tak myślała- zawsze pcham się do dziwnego i nieznanego. I zazwyczaj obrywam. Stałam i wpatrywałam się w rękę, bojąc się, że zaraz odpadnie.
Mama wiedziałaby co zrobić. Wiedziałaby, jak opatrzyć rękę. Tata pocieszyłby mnie jakimś suchym żartem.

Ale ich nie ma. Więc gdzie są? Gdzie są, kiedy tak bardzo ich potrzebuję? Co się z nimi stało?
Czy są poza barierą? Czy w ogóle coś tam jest?!

Od zniknięcia minęła niecała minuta. Siedziałyśmy z Henriettą na przeciwko lśniącej ściany.
Nic nie robiłyśmy. Śmieszne. Ręka nawet mnie nie bolała, nie piekła, nie drętwiała. A może informacja o bólu nie dotarła jeszcze zziębniętymi nerwami do mózgu.

I cisza. Nieprzenikniona, nieznośna, namacalna i wiercąca uszy. Jak najgorsza tortura.

- To... co robimy? - spytałam towarzyszkę tępo patrzącą za przeszkodę jakby jej tam nie było.

- A jeśli moi rodzice też zniknęli? - odpowiedziała mi cichym głosem – jesteśmy kilometry od miasta, jak wrócimy?

Obejrzałam się przez ramię w stronę skupiska bunkrów pieszczotliwie nazwanych „miastem”. Miała rację. Taki kawał drogi na pieszo? Ciekawe czy kiedyś ludzie mieli taką kondycję… słyszałam, że tak. Że potrafili nawet PRZEBIEC wiele kilometrów. Bez żadnych wspomagaczy. W tych czasach, gdy jesteśmy ograniczeni do obowiązkowego biegania raz w tygodniu na bieżni, to niemożliwe.

Pozostało jeszcze auto. Nie umiałam prowadzić.

-Umiałabyś… poprowadzić nasz samochód?

Popatrzyła na mnie jak na świra. Znowu. Może naprawdę
mi odbiło.

-Musimy wrócić do miasta, inaczej słońce nas spali- wyjaśniłam.

-Myślisz, że promienie przebiją się przez tę… barierę? Przecież ona sama świeci. Przez nią nawet nie wiemy jaka jest pora dnia.

Wstałam i otrzepałam spodnie. Nie możemy marnować czasu. Ona nie chce, to ja spróbuję.

Podeszłam do samochodu. Był jeszcze nagrzany. Kluczyki w stacyjce. To chyba nie może być takie trudne? Usiadłam na miejscu kierowcy i przekręciłam kluczyk. Silnik zawarczał cicho i wprawił karoserię w wibracje.

-Wolę nie sprawdzać na własnej skórze, czy słońce poza barierą mnie spali- krzyknęłam wystawiając głowę przez okno- więc albo jedziesz ze mną i rozbijasz się w samochodzie, albo płoniesz. Jak wolisz.

Henrietta przez chwilę się ociągała, ale w końcu wstała i podbiegła szybko w moją stronę. Usiadła na miejscu obok.

- Tylko pamiętaj o pasach…- uśmiechnęłam się ponuro.

Sprzęgło, hamulec, gaz. Sprzęgło, hamulec, gaz.
Lekko nadusiłam pedał gazu, a samochód wyrwał się do przodu.
Kurczowo trzymałam się jedną ręką kierownicy, pilnując, żeby samochód nie zjechał w rów na poboczu.

Wdech, wydech.
Jedziemy. JESZCZE żyjemy. Nie jest źle. Wracamy tam, skąd uciekłyśmy. A jeśli tam nikogo nie ma?

Wdech, wydech.
Bez niepewności nie ma ryzyka.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Sheva dnia Nie 20:24, 24 Cze 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
VeryOriginalNick
Pirokinetyk
Pirokinetyk


Dołączył: 17 Gru 2010
Posty: 768
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Cydonia
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 20:31, 04 Cze 2012    Temat postu:

Ajajajajaj... Nie podoba mi się kopuła. Przykro mi, jestem na nie. Wszystko, ale nie bariera...
Trochę mnie irytuje, że wrzucasz krótkie rozdziały - rozumiem, publikowanie na forum, tak jak na blogach, ale wolę jednak wciągnąć się w wir wydarzeń i czytać, czytać, czytać... Nie bierz tego do siebie, to takie ogólne moje zdanie, po prostu lubię czytać dłuższe teksty, ale to tylko moje upodobania, nic więcej
Żadne byki mnie nie poraziły, nadal czekam na kolejne części, ale pomysł z kopułą - nietrafiony. I gone'owy skrót myślowy - jak doszła do wniosku, że słońce spali ją przez kopułę? Tak, nie lubię niedomówień i zawsze jak poprawiam czyjeś teksty zwracam na to uwagę - to wynika z tego, że Ty znasz historię w swojej głowie i niektóre szczegóły Ci umykają podczas pisania, bo są dla Ciebie oczywiste, ale dla czytelnika niekoniecznie. Taka mała uwaga Wesoly)
Czekam na ciąg dalszy


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sheva
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 18 Mar 2012
Posty: 251
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 21:15, 06 Cze 2012    Temat postu:

Przepraszam, to miała być moja wizja ETAPu, ze snu, taka trochę raczej ZUPEŁNIE inna, no ale cóż. >D
Nie idzie mi dobieranie słów.
Boże, jakie to okropne uczucie, kiedy ma się historię w głowie, ale nie umie się jej zobrazować. Koszmar.
Poza tym, właśnie o to mi chodziło, że cała ucieczka miała być bezmyślna i bez sensu. A co do słońca, lepiej nie ryzykować. Normalnie, bez kopuły by ich spaliło w ciągu sekundy.
Jezusie, ten post jest bez ładu i składu.
Umysł psychopaty jest ciężki i nieogarnięty.
Wybaczcie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
VeryOriginalNick
Pirokinetyk
Pirokinetyk


Dołączył: 17 Gru 2010
Posty: 768
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Cydonia
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 23:38, 06 Cze 2012    Temat postu:

Haha, wiem, wiem, doskonale Cię rozumiem - to jest frustrujące: wiesz co chcesz przekazać, ale nie wiesz jak... Jestem wyrozumiała. I tego właśnie wyjaśnienia odnośnie słońca mi brakowało Wesoly Tylko,kurczę, szkoda, że właśnie ETAP - mi się bardzo podobał początek, bez gone'owego elementu jak kopuła, ale rozumiem, że to właśnie niezbędny element...

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sheva
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 18 Mar 2012
Posty: 251
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 15:27, 07 Cze 2012    Temat postu:

Miałam zamiar napisać też drugą wersję tej historii BEZ elementu GONE.
Jak napiszę, to dam znać. C:


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Lemo
Pirokinetyk
Pirokinetyk


Dołączył: 25 Wrz 2011
Posty: 720
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Manchester
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 19:20, 24 Cze 2012    Temat postu:

Jej, Paula. *-*
Mi się podoba wersja GONE'owa, bo lubię czytać takie alternatywne wersje.
Pisz, pisz i pal dalej to co palisz, żeby mieć więcej takich oryginalnych snów. <3


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sheva
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 18 Mar 2012
Posty: 251
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 3:53, 15 Gru 2012    Temat postu:

Łojej, zapomniało mi się o pisaniu. Niedługo wstawię dalszą część. c:

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum GONE Strona Główna -> Fan-Art-Fan-Fiction! Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin