Forum Forum GONE Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Rozdział I
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Forum GONE Strona Główna -> GONE - to tylko ETAP / Archiwum 3.
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sandzej
Bez mocy
Bez mocy


Dołączył: 09 Sie 2011
Posty: 49
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 2/5
Skąd: Żary
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 18:41, 22 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]


Lee pobiegł do domu.
Muszę zdobyć broń ,ale skąd? Wiem, mój dziadek schował u mnie w piwnicy.
Wchodząc do piwnicy zauważył ogromnego pająka, naprawdę ogromnego.
O w mordę... Brrr nie lubię pająków.
Chłopiec pomyślał o porażonym prądem pająku, i nagle zwierze spadło ze ściany dygocząc.
Znowu ta moc... moc? Dobra nie ogarniam tego czegoś. Może ktoś potrafi też coś takiego? Ejj a może, może w broń dać coś takiego?
Chłopiec wziął wiatrówkę na CO2 , USP i przepiękny miecz zakupiony na jakimś festynie.
Dobrze ,że jest ostry. Pomyślał i uśmiechnął się.
Wiatrówkę załadował, założył buteleczkę CO2 i założył broń na plecy, pistolet włożył do kabury i przypiął przy pasie a miecz wcisnął do pochwy.
-Lecimy... A może coś zjem? O i się napiję... Będzie okazja do napicia się dobrego piwa.
San zjadł, napił się, beknął i wyszedł na ulicę. Zauważył kilka osób palących jointa, jego twarz pokazywała ,że się ucieszył.
-Bless ya, podzielicie się czy sami będziecie chilloutować?
-A kto Ty?- zapytał jeden z chłopców.
-Hmm jestem... człowiekiem. To co dasz bucha?
-No dobra- powiedział następny i podał jointa Matt'owi a ten się zaciągnął ,a później oddał skręta.
-Dzięki, dobry towar. Odmeldowuje się,
Przechodząc przez miasto zauważył jakiś spis.
Trzeba teraz tego unikać. No to lecimy.


[Kilka godzin później]
Zauważył kogoś mądrego, podszedł i zapytał.
-Potrzebujecie czegoś? Wody, leków?
-Yyy nie dzięki, po co masz broń?- odparła dziewczyna na oko w wieku chłopca.
Mhhmm ładna, trzeba będzie się zgadać.
-No jak to po co, jak zauważyłem nie jest tu do końca bezpiecznie.
Nagle, jakiś dziwny pies zaczął biec w stronę dziewczyny, Sandżej w sekundę wyciągnął USP i wycelował w psa.
Twój?
-Nieeeee.
W kilka sekund było po wszystkim, słychać było pisk, cichy huk i szorowanie skóry o beton.
-No i tak to się robi. Dobra ja lecę. Po to jest mi właśnie broń.
Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała co się dzieje, a gdy chciała chłopcu podziękować go już nie było.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Sandzej dnia Czw 19:32, 22 Wrz 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anaid
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 07 Maj 2011
Posty: 268
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 19:57, 22 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]

Nicole wpatrywała się z osłupieniem w chłopaka.
Podniosła się na chwiejnych nogach i pomyślała znów o tym samym.
Jego krzyk przeszył powietrze.
Dziewczyna zadrżała, i spojrzała mu w oczy, myśląc tym razem o bólu brzucha.
Znów zaczął krzyczeć i zarył palcami ziemię.
Dziewczynie zaczęły drżeć ręce i ogarnęła ją chora ekscytacja.
Pokonując swoją chęć kontynuowania, zaciskając mocno szczęki podeszła do niego.
Przyklękła, prawie nie oddychając.
Rozpięła jego koszulę.
Nic, żadnego śladu.
Ból psychiczny.
- Wybacz, że byłeś moim królikiem doświadczalnym.
Wstała.
Chłopak oddychał z trudem.
- Nie ma sprawy. – wymamrotał.
Nicole uniosła brew, ale nie skomentowała tego.
Pomogła mu wstać. Po krótkiej chwili wahania dała mu swojego batona, którego, nawiasem mówiąc zwinęła ze sklepu dwa dni wcześniej.
W pełnej wdzięczności ciszy zjadł niemal dwoma wielkimi kęsami batona.
Sytuacja w mniemaniu dziewczyny była abstrakcyjna.
Chłopak zerknął na nią dużymi, sarnimi oczami, zbijając ją z tropu.
- Hmm…
Nie lubiła takich sytuacji.
Zdecydowanie.
Przeczesała palcami włosy.
- Ja mam na imię Cedric. A ty?
- A ja nie. – uśmiechnęła się.
- Ale tak serio?
- Nicole.
Dziewczyna zaczęła skubać rąbek bluzy.
- Ładne imię.
- Ja go nie lubię.
Nicole dobrze wiedziała jakie słowa zaraz padną.
- Tak naprawdę nie chodziło mi o Scotta, i wiem jak masz na imię. Chodziło mi o ciebie.
Dziewczyna zacisnęła nieświadomie zęby.
- Od dawna mi się podobałaś.
Przymknęła z irytacji oczy. Często słyszała takie wyznania, i nigdy nie wiedziała co odpowiedzieć.
Bo jej żaden z nich nie budził jej zainteresowania. Był taki. Ale on nie zwracał na nią uwagi.
Spojrzała na Cedrica bezradnie.
I co teraz?
Nie cierpiała tego.
Wzniosła oczy ku niebu, szukając natchnienia.
I jak zwykle go nie znalazła.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Vanessa
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 07 Lut 2011
Posty: 204
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Lublin
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 14:48, 23 Wrz 2011    Temat postu:

Kate była padnięta. Po prostu padnięta. Nie spała od ponad doby i jeszcze musiała uporządkować i zrobić listę dzieciaków z mocą. Czuła się jak sekretarka. Jak miała to posegregować? Teleportacja... Kule ognia... Świecące dłonie... Niewidzialność... Przydałby się ktoś kto mógłby odczytywać poziom mocy... Hmm.... A gdyby podzieliła to na kilka podstawowych grup? Na przykład... Ochrona i Atak? Tak to jest to... Zaczęła wystukiwać na klawiaturze tekst. Gdy doszła do grupy Ochrona zaczęła się zastanawiać. Czy jej moc to moc? W sumie udało jej się to zrobić tylko raz.... Ale gdyby poćwiczyła i może nauczyła by się ją rozszerzać na grupę osób, to byłaby bardzo potężna moc. Zastanowiła się chwile i dopisała:
Kate Montgomery-Tarcza ochronna (?)
Skończyła i wyłączyła laptopa. Nagle usłyszała głośny huk. Wybiegła na korytarz i zobaczyła dziewczynę i chłopaka. Chłopak miał broń. A na ziemi leżał...
Kate oparła się o ścianę. Zakręciło jej się w głowie. Znała tego chłopaka. Znała go. Trzeba kogoś powiadomić, żeby nikogo więcej nie zabili. Ale co ona mogła zrobić?
-TAM KTOŚ JEST!-krzyknęła głośno i uciekła.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Megumi
Niezniszczalny
Niezniszczalny


Dołączył: 04 Mar 2010
Posty: 1550
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: L-wo
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 16:00, 23 Wrz 2011    Temat postu:

[CA]

- Rozejm? - zapytał chłopak. Yumi zamyśliła się, rozmyślając wszystkie za i przeciw. W zasadzie przydałaby się pomoc w jej planie. On jednak również może mieć swój plan, a ona mogła byc mu do niego potrzebna, choć to mało prawdopodobne. Ale zawsze istniało te 5%...
No to wtedy mu zwieję, albo coś zrobię. Niestety muszę jednak cały czas być czujna.
- Okej. - powiedziała, patrząc mu w oczy.
- TAM KTOŚ JEST! - rozległ sie krzyk ze środka budynku. Yumi spojrzała w stronę okien, niepewna, czy to o nich chodziło.
- Powinniśmy chyba gdzieś się ukryć. - powiedział chłopak. Yumi skinęła głową.
- Znam pewne miejsce, do którego nikt raczej nie zajrzy.
Dała znak reką, by chłopak za nią poszedł. Dziewczyna podeszła do okna, umieszczonego tuż przy samej ziemi. Jednym kopniakiem wybiła szybę, po czym wskoczyła do środka ciemnego pomieszczenia. Była to szkolna piwnica, o której krążyły rozmaite plotki, których wymienianie zajęłoby całe dwa dni i jedną noc. Piwnica składała się z pięciu pomieszczeń. Ymi, razem z chłopakiem znaleźli się w pokoju ze starym, zepsutym sprzętem szkolnym. Yumi otworzyła drzwi i wyszła z pomieszczenia. Znalazła się na małym korytarzyku. Otworzyła sasiednie drzwi i zajrzała do środka - tu było mnóstwo ubrań i bielizny - wszystko poniszczone, nadające się jedynie na szmaty.
Kiedy chłopak wpadł do piwnicy, Yumi podeszła do niego i wzięła za ramię, prowadząc go do pokoju ze szmatami. Wepchnęła go do wspomnianego pomieszczenia i zamknęła drzwi.
- Na rzie nikomu nie przyjdzie na myśl, że ktoś tu jest, więc skorzystam z tego, że mamy rozejm i chciałabym się czegoś dowiedzieć. - powiedziała Yumi, patrząc na chłopaka. Tamten wzruszył ramionami.
- Pytaj.
Yumi skinęła głową. Wzięła najbliższy kosz z rzeczami, wyrzuciła je, po czym usiadła na nim.
- [b]Może na początku sie przedstawię.
- powiedziała. - [b]Jestem Yumi Haruhi Urumi. Możesz mówić Yumi, albo Haruhi. A co do mojego pytania, to brzmi następująco: widziałam Twoją rozmowę z Christopherem. Pominę to, że to było głupie, bo tacy jak oni nie pomagają swoim wrogom... Ty masz - bądź miałeś - jakiś plan i cel. Chciałabym się dowiedzieć co konkretnego planujesz...
Bo to może mi bardzo pomóc. - dodała w myślach, śmiejąc się szyderczo w duchu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Vringi
Game Master
Game Master


Dołączył: 01 Cze 2010
Posty: 452
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 12 razy
Ostrzeżeń: 2/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 21:54, 23 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]
- Dobra, wystarczy. - powiedziała Ailyn. James wbił łopatę ziemię i razem z Harpem wsadzili zawinięte w koc ciało dziecka do wykopanego dołka. Rudowłosy oparł się na trzonku.
Nie zamierzał rozpamiętywać incydentu w łazience. Tylko by się dobił.
- Może ktoś coś powie? - zapytał brat dziewczyny. Siostra zmierzyła go wzrokiem mówiącym "Ty to zrobisz". Chłopiec pokiwał lekko głową i zwrócił w stronę White'a nachalne spojrzenie. Tamten uniósł jedynie brwi. - Jak się nazywał.
James spojrzał wymownie w niebo.
- Cruel. Chyba Tom Cruel. Tom, Tommy...
Nie tu powinienem być. Na pewno nie tu...
Pokręcił głową i w duchu ironicznie uśmiechnął się.
- Mały Tommy, przepraszamy że nie zdołaliśmy cię uratować. Możemy mieć jedynie nadzieje że trafiłeś teraz w ręce o wiele lepsze od naszych. Będziemy się modlić za twoją duszę. Amen.
- Amen. - powtórzyła Ailyn.
- Amen
James zaczął zasypywać ciało. Grzebał malutkie dziecko w jego własnym ogródku. Ogródku w którym miał stawiać swoje pierwsze kroki.
To nieważne.
Nic z tego nie jest ważne.
Musisz po prostu wyprzeć się tego uczucia.
Wtedy będzie lepiej.
Nie będzie tak bolało.


[pół godziny później]
James stał nad nieprzytomnym chłopakiem w sklepie z kuchennymi akcesoriami. Chłopak miał blond włosy i był skośnooki. Poza tym ktoś postrzelił go.
W pierwszym odruchu chciał mu udzielić pomocy przedmedycznej. Jednak w porę coś sobie uświadomił.
Po co ci bandaże, skoro masz moc?
Moc. Taa, jasne. Może jeszcze królika w rękawie?
Mimo wszystko oparł Azjatę o ścianę, po czy, szybkim ruchem zdarł taśmę. Następnie delikatnie przyłożył dłonie do rany nad kolanem.
Regeneruj się.
Znowu pojawiło się to uczucie. Nawet nie umiał go sprecyzować. Ale było niesamowite.
Po ranie nie został nawet ślad. Odczuwając skutki całodziennego stresu wziął się za leczenie rannego przedramienia.
White skończył uzdrawianie. Był tak zmęczony że nawet nie chciało mu się wstawać. Położył się koło uleczonego i zasnął.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Vringi dnia Pią 22:06, 23 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Puma
Naczelny Grafficiarz
Naczelny Grafficiarz


Dołączył: 15 Mar 2010
Posty: 811
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 11 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Paradise City
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 13:12, 24 Wrz 2011    Temat postu:

[dom Vivian, w pobliżu gór Trotters] 

Vivian Roza Chavez otworzyła ostrożnie jedno oko, kiedy promienie porannego słońca wsunęły się do jej pokoju przez drewniane żaluzje. 
Po dłuższej chwili usiadła na łóżku, przeciągnęła się i zerknęła na zegarek.  
Trzeba iść do szkoły.  
Podeszła do szafy i szybko się ubrała. Narzuciła byle co. Nie miało to większego znaczenia, ponieważ i tak wszystkie jej ciuchy do siebie pasowały. Albo w równym stopniu nie pasowały. Mocno zielona bluzka z równie mocno kolorowymi wzorami, skórzana kamizelka z frędzlami, stare dżinsowe szorty i niesamowicie obdarte buty do jazdy konnej. Na szyi powiesiła kilkanaście drewnianych wisiorków i amuletów, wcześniej ukrytych pod poduszką. 
Szybkim ruchem podniosła z ziemi dużą torbę i wybiegła z pokoju. W kilka sekund pokonała strome, kręte schody i znalazła się w salonie. 
Jej dom był dość... specyficzny. Zbudowany z bali, z oknami do samej podłogi. Na ścianach rozciągały się najróżniejsze obrazy oraz wszelakie inne rzeczy, jakie tylko dało się zawiesić. Skóra niedźwiedzia, indiańskie pióropusze, półki z figurkami, łapacze snów, podkowy. Pod sufitem znajdowało się jescze więcej piór i więcej koralików, które momentami uniemożliwiały swobodne przejście przez pokój. 
Dziewczyna wyszła na zewnątrz, w pełni przekonana, że jej rodzina jeszcze śpi. Bez namysłu skierowała się do niewielkiej stajni za domem. Wchodząc do środka uśmiechnęła się promiennie do ukochanego konia o imieniu Apache. Przutiliła się do jego czarnego pyska, po czym otworzyła boks, osiodłała go i wyprowadziła na zewnątrz. 
Jakimś cudem zapomniała o konieczności pójścia do szkoły i ruszyła galopem w całkiem przeciwną stronę, przeciwną do Perdido Beach. Pędziła wzdłuż gór, które z czasem przerzedziły się, a Vivian znalazła się na całkowicie otwartej przestrzeni. Na pustyni. 
Było gorąco. Wyjątkowo gorąco. 
Roza ściągnęła wodze, a Apache zwolinił do stępa. 
Coś jest nie tak. 
Zmarszczyła brwi. Nie słyszała kompletnie nic, oprócz cichych kroków konia, własnego oddechu i pisku pustynnych owadów gdzieś w oddali. 
Żadnego podmuchu wiatru. Delikatnego powiewu. Bryzy. Muśnięcia. Powietrze stało w miejscu. 
Ale to nie był jedyny problem. Widoczność znacznie się zmniejszyła, odkąd dziewczyna była tu ostatnim razem. Zwykle widziała majaczące się przed nią skały albo chociaż drobne kamienie. Tym razem coś się zmieniło. Miała wrażenie, jakby jakaś mgła, migocząca powłoka, rozmywała widnokrąg. Mrużenie oczu nie pomagało. Vivian poczuła się dziwnie. Duszne powietrze otaczało ją od stóp do głów. W pewnej chwili przyszło jej do głowy, że być może rano, całkiem nieświadomie wzięła jakieś zioła, jednak jej ostatnie zapasy marichuany wciąż znajdowały się w torbie. To było jednak bardzo dziwne, tak więc dziewczyna postanowiła zawrócić. 
Mam halucynacje. Albo gorączkę.
Szybko zmusiła konia do obrócenia się z powrotem w kierunku gór. 
A po chwili otworzyła usta. Z niemałym zaskoczeniem przyznała, że gór również nie było. Odjechała za daleko, a jako że nie widziała żadnego punktu odniesienia, całkowicie straciła orientację.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Jinyi
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 14 Lip 2011
Posty: 217
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z pudełka
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 14:51, 24 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]

Miki zdegustowanie spojrzał na strzępki swoich "bandaży", a następnie na opierającego się na jego ramieniu chłopca. Spał. Dopiero po chwili zrozumiał, że nic go nie boli, że na miejsca ran ponownie zawitała skóra. Dotknął owych miejsc. Czysto. Wstał. Obcy niczym worek ziemniaków łupnął o ziemie. Nie było w tym nic dziwnego, że zaczął się budzić. Miki kucnął przy nim i z powrotem oparł go o ścianę, po czym wciąż trzymając jego baru wymierzył mu solidny cios w policzek. James otworzył oczy i błyskawicznie złapał się za czerwieniące miejsce. Z wyrzutem oraz z lekką niepewnością spojrzał na blondyna.
-Ty to zrobiłeś? U-Uleczyłeś mnie?
James tylko przytaknął. W tym samym czasie Miki złapał się za głowę. Z jego ust wypełzło kilka cichych przekleństw. Niespodziewanie złapał chłopaka za ramiona i w miarę lekko nim potrząsnął.
-Da się to odwrócić?! - krzyknął, przyciskając obcego do ściany -Da?!
-Nie.
-Coś ty chłopie narobił! - podszedł do półki z nożami i złapał za ten, który wydał mu się najbardziej ostry. Ponownie zbliżył się do Jamesa i zaprezentował oblicze narzędzia tuż przed jego oczami. Zamachnął się i już miał wbić nóż w swoje ramie, kiedy ni stąd ni zowąd... zwątpił -Nie... To nie ma sensu - urwał pod nosem, po czym odrzucił ostrze. Zaczął krążyć po pomieszczeniu. Pozbierał skrawki "bandaży" i ponownie je sobie przyczepił. Później poszedł na zaplecze, skąd po chwili słychać było dźwięk tłuczonego szkła i odgłos gniecionych kartonów. James nadal stał w tym samym miejscu. Był trochę przestraszony psychicznym zachowaniem rówieśnika, ale nie na tyle, aby uciekać czy coś. Miki właśnie wrócił. W dłoni trzymał niedojedzoną kanapkę i jakiś upity sok. Na siłę wepchnął kawałek chleba w ręce Jamesa. Usiadł, zjeżdżając plecami po ścianie.
-Wiesz... skoro przez Ciebie mój plan legł w gruzach... musisz mi to jakoś wynagrodzić - ugryzł kanapkę, po czym kontynuował z pełną buzią -Na razie musisz pójść ze mną. Zrozumiałeś? Musisz. Na początek pomożesz dzieciakom rannym na rynku. Oczywiście będę tuż obok Ciebie. Lud musi wiedzieć kto sprowadził takiego wspaniałego mościa.

[Kilka minut później]
Aby znaleźć pierwszą ofiarę wybuchu nie trzeba było długo czekać. Miki wraz z James'em zbliżyli się do około sześcioletniej dziewczynki leżącej przy skrzynce na listy. Koreańczyk pchnął ją nogą, tak, że automatycznie odwróciła się na plecy. Wokoło biegało kilkoro dzieciaków, jednak żaden nie był nimi zainteresowany.
-Idziemy dalej - rzucił beznamiętnie Miki.
-A ona?
-Ona? Nie przyda mi się skoro nie ma nikogo, kto by to zobaczył.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Rexus Maximus
Gość





PostWysłany: Sob 18:10, 24 Wrz 2011    Temat postu:

[CA]

- Tam ktoś jest!
Chris podniósł głowę. Właśnie wiązał sznurowadło, więc był na chwilę wyłączony.
- Hilary, Jeff, John, Jim, Jean, tutaj!
Wsadził ręce do kieszeni, kiedy zza węgła wyszła dwójka ludzi.
Afterhean spojrzał na nich i pomachał do nich ręką.
- Witajcie w Coates Academy!
Wtem usłyszał krzyk jakiejś dziewczyny.
- Aaa... JEREMY!!!
Chris podniósł brwi, przeszedł między gośćmi, zapewne z Perdido, i spojrzał na "spustoszenia" jakich dokonali.
Podbiegł do Seafforda.
- No, piracie, widzę że oddychasz. Brawo. Tak, jeszcze raz. Hilary, zestaw pierwszej pomocy. Jean... ty się na tym znasz, sanitariuszko. Raz dwa trzy.
Jeremy rzeczywiście jeszcze oddychał.
- I zanieście go na jakieś łóżko.
Seafford wycharczał, plując krwią:
- Szmaciarze...
Chris dotknął ręką jego czoła.
- Masz gorączkę, przyjacielu.
Odwrócił się od niego, ustępując miejsca dziewczynom.
Spojrzał na przybyszów smutnych wzrokiem. Zwrócił się do dziewczyny.
- Przepraszam, że wtedy nie chciałem zabrać cię do naszej akademii, ale bardzo się śpieszyłem. Każde minuty się liczą. W Perdido słyszałem wybuch. Czy nikomu nic się nie stało?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Nie martwcie się, wkrótce przybędą posiłki. Mamy tutaj trochę kuchennych zapasów i średniej wielkości ogródek warzywny. Być może przyda się wam każda para rąk do pracy.
Uśmiechnął się do nich ciepło, ale zaraz przybrał kamienny wyraz twarzy. Odwrócił głowę na kilka sekund. Jeremy wymiotował, kiedy wynoszono go do budynku akademii.
Afterhean westchnął.
- Naprawdę, bardzo mi przykro, ale jak widzicie, uszkodziliście mojego bliskiego przyjaciela. Jestem zmuszony was teraz...
Odkaszlnął, wiedząc, że w głowach gości kłębią się teraz setki wyrazów, śmiercionośnych i posępnych.
- ...prosić o odejście. Jak widzicie, mamy tutaj nawał pracy. Chcemy się dobrze przygotować do nadchodzącego czasu. Być może dorośli znajdą nas zaraz, ale być może nie. Więc, naprawdę, proszę was, nie przeszkadzajcie.
Odwrócił się od nich i, pstrykając palcami, poszedł na środek placu. Ściągnął granatowy mundurek Coates Academy i zaczął się za noszenie zgrzewek wody, kątem oka ciągle zerkając na przybyszy, którzy ciągle stali w miejscu.
Powrót do góry
heroin(e)
Debil Roku


Dołączył: 21 Mar 2010
Posty: 2232
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 22 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 18:23, 24 Wrz 2011    Temat postu:

Niby ludzie są z natury dobry, a jak przychodzi co do czego to myśli tylko o sobie. Coraz więcej dzieciaków chodzi z bronią. Ciężko. Najgorzej wychodzą na tym oczywiście małe dzieci. I ja. Bo jesteśmy bezbronni.
Bo tak na logikę- jakie szanse ma nóż do chleba z takim mega wielkim pistoletem jak-to-on-tam-się-nazywa? Żadną czy minimalną?
Przez te parę dni bardzo dużo się zmieniło. Przede wszystkim wkręciłam się do ekipy poszukiwawczej. Wszyscy są starsi, ale dobrze jest mieć coś do roboty. Pod kloszem nuda jest śmiertelnie niebezpieczna. Pytanie brzmi- dlaczego w ogóle chcieli mnie zabrać ze sobą?
Bo wszystko co chcemy zabrać lewituje sobie przed nami.
Kurczę. Widziałam już takie sztuczki, ale jakoś nie sądziłam że ja też potrafię. Inne dzieciaki z „mocami” były zazwyczaj bardziej pewne siebie. I dumne. Ciężko.
Ale jakoś przywykłam do nowego życia.
[/i]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Vringi
Game Master
Game Master


Dołączył: 01 Cze 2010
Posty: 452
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 12 razy
Ostrzeżeń: 2/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 19:32, 24 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]
- Możesz zacząć od tych trzech, eee...
- James
- Dobra, James. Ty leczysz, ja mówię.
- Mi pasuje. - wymamrotał pod nosem White. Podszedł do pierwszej z wskazanych przez Miki'ego osób. Uklęknął i zajął się swoją robotą.
Uzdrawianiem.
Nie miał najmniejszej ochoty iść do ludzi. Niech Miki zbiera laury. A on po prostu zrobi co należy i pójdzie sobie.
Jednym uchem słyszał strzępy rozmów. Przemowę Azjaty. Jakieś kłótnie. Ale sama treść umykała mu pomiędzy wędrówkami do pacjentów.
No trudno, panie White. Nie możesz mieć wszystkiego.
- James! Chodź tu!

Wybitnie się postarałeś.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
zimowykalafior
Super Admin
<b>Super Admin</b>


Dołączył: 10 Wrz 2010
Posty: 2239
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 53 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Australijskie Skierniewice
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 21:11, 24 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]

Kilka osób było w naprawdę ciężkim stanie. Ta dziewczynka spod kolumny. Mały chłopczyk, który na nieszczęście stał pod samymi drzwiami i tak jakby tak go przygniotło, że było już za późno na pomoc. Inny chłopiec, dwunastoletni, mocno poraniony szkłem. Sąsiadka Cassandry, ośmioletnia i pyzata, uwięziona pod gruzami. I nie tylko oni.
Lewis dowiedziała się o dziewczynie imieniem Nunca, która sprawowała pieczę nad przedszkolakami i pseudoszpitalem, gdzie już ratowała jakąś dziewczynkę. Cass początkowo chciała ją znaleźć, bo sama nijak nie potrafiła sobie poradzić z rannymi. Widok krwi nie robił na niej wrażenia, chodziło raczej o to, że gdyby tylko zabrała się za ratowanie komuś życia, prędzej by go zabiła.
-Nie siedźcie tak, tylko ruszcie tyłki, bo oni zaraz się wykrwawią! - krzyknęła któryś już raz, siłą woli podnosząc poobijany fotel burmistrza do góry.
-Padnij! - fotel przeleciał tuż ponad głowami zdezorientowanego ogółu i wylądował po drugiej stronie placu.
Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że na placu zjawił się Miki. I to nie sam. Przyszedł w towarzystwie Jamesa White'a, którego Cassandra znała z widzenia, ale tylko tyle. Chyba nikt nie znał go dobrze.
Przyszli i zaczęli coś kombinować przy rannych. Ściślej - James kombinował, a Miki coś gadał od rzeczy.

Po około godzinie Cassandra stwierdziła, że jej praca jest skończona - gruzy zamiast leżeć na kupie, były porozwalane po całym placu, a ona sama czuła się tak cholernie zmęczona, jakby przewalała je własnymi rękami. No, prawie.
Oparła się o kawałek ściany, ten, który został nienaruszony i zlustrowała okolicę.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anaid
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 07 Maj 2011
Posty: 268
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 10:02, 25 Wrz 2011    Temat postu:

[PB] Niektórych ten post może odrzucać, czy coś w tym stylu.

Ranne dzieci.
Martwe dzieci.
Krew, dużo krwi.
Sceneria godna azjatyckich horrorów.
A potem, dzieci były już zdrowe. Ktoś je uzdrowił.
Ale martwe ciała zostały. Cedric gapił się oniemiały.
Dziewczyna westchnęła.
O Boże...
- Skombinuj mi taczki.
Kilka minut później chłopak wrócił z dużymi taczkami.
Nicole bez słowa wkładała na nie ciała. Blade twarze z szeroko otwartymi, pustymi oczami.
Niewinne twarze małych dzieci.
Zebrała wszystkie, a było ich 6.
Czworo w wieku mniej więcej przedszkolnym, dwóch chłopców na oko mogło mieć 11 lat.
Patrząc na połamaną i zakrwawioną dziewczynkę w wieku Grace, coś jakby w niej pękło.
Dotknęła lekko jej policzka.
Odwróciła się i ruszyła w stronę kościoła.
Chłopak bez słowa pchał za nią taczkę.
Poszli za budowlę.
Cedric zaczął kopać doły, a Nicole poszła po wodę święconą.
Przy okazji umyła sobie spoconą twarz w niewielkiej misie ze zwykłą wodą.
Gdy przyszła, dwa już były wykopane. Włożyła do nich ostrożnie dwie dziewczynki, pokropiła wodą święconą i przeżegnała się.
Tak samo zrobiła z resztą. Potem wbiła w świeżą ziemię krzyże.
Potem, ramię w ramię odeszli z Cedricem na miejsce zdarzenia.
Rozeszli się w ciszy.
Nicole wróciła do domu i wzięła szybki przysznic.
Kiedy jadła pomarańczę, do kuchni wkroczyła zaspana Grace.
Złote loczki stały jej na głowie we wszystkich możliwych kierunkach.
- Cześć. – ziewnęła.
- Hej, śpiochu.
Podała dziewczynce kawałek pomarańczy.
Grace, żując, skrzywiła się.
- Kwaśne.
Dziewczyna roześmiała się.
- Jak już się ogarniesz, to rób co chcesz, ale uważaj na siebie, ok? Innym trochę odwala ostatnio na mózg.
Złote loczki zafalowały kiedy Grace skinęła głową. Na pożegnanie Nicole rozczochrała małą, na co ona odpowiedziała swoim dziwacznym, gardłowym chichotem.
Wyszła z domu i wróciła na miejsce zdarzenia. Było tam kilka osób. Przysiadła przy znaku drogowym i obserwowała ich spod grzywki.
W dodatku rozbolała ją głowa.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Jinyi
Przenikacz
Przenikacz


Dołączył: 14 Lip 2011
Posty: 217
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z pudełka
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 13:09, 25 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]

-Piękne panie i mniej ładni panowie! - Miki krzyknął, robiąc przy tym nadzwyczaj poważną minę. W jego zwyczaju było, iż swoje przemowy wygłasza na jakimś podeście, więc wskoczył na śmietnik, tak jak za pierwszym razem i kontynuował - Ja... Kim Miki... - uderzył się w pierś - Sprowadziłem kogoś kto może nam wszystkim pomóc! Wszyscy co potrzebują pomocy medycznej niech udadzą się do Jamesa - tu wskazał palcem na kucającego przy jakimś dziecku White - On... Uratował mi życie. Nie potrafię wyrazić za to swojej wdzięczności... Nikt z nas nie będzie potrafił. Jest to kryzysowa sytuacja, dlatego też niech starsi zaczną klasyfikować tych co najbardziej potrzebują pomocy. Od nich zaczniemy. Musi być jakiś porządek! - na rynku zapanowało jeszcze większe poruszenie niż wcześniej. W głowach zgromadzonych gromadziło się wiele pytań, jednak nikt nie miał odwagi wypowiedzieć ich na głos. Jakaś dziewczyna podprowadziła pod śmietnik jasnowłosego chłopca z wygiętą do tyłu ręką. Płakał.
-James! Chodź tu! - Miki zaskoczył z "platformy" i delikatnie pochwycił małego na ręce. Jako, że James był zajęty uleczaniem innego dziecka, osobiście zaniósł go na miejsce. Rudowłosy akurat skończył. Wstał i przyłożył dłonie do rany chłopca. Chwilę później było po wszystkim. Płacz dobiegł końca. Miki, aby wszyscy widzieli uniósł dziecko do góry, po czym znów je opuścił i pocałował w policzek - Bierzmy się do roboty. - Jak powiedział tak się stało. Wszyscy mimo panującego wciąż chaosu doskonale odnajdywali się w swoich rolach. Obok Jamesa zebrała się spora kolejka. Widać było, że chłopak jest już nieźle wykończony, jednak Miki wytrwale zmuszał go do pracy. Co jakiś czas pokrzykiwał nawet na innych, leniących się ludzi.
Miki podbiegł do dziewczyny, która własnie podpierała ścianę. Miała śliczne, długie, buraczkowe włosy. Pewnym ruchem odgarnął jej grzywkę sprzed oczu. Syknęła na jego gest, a ten tylko się uśmiechnął.
-Potrzebujesz pomocy? - zapytał sympatycznie, a następnie nachylił się lekko, aby lepiej przyjrzeć się jej szaroniebieskim oczom.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Jinyi dnia Nie 13:14, 25 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Temi
Kameleon
Kameleon


Dołączył: 22 Sie 2011
Posty: 92
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 20:45, 25 Wrz 2011    Temat postu:

Po dwóch godzinach mała leżała, przytomna. Oddech wrócił do normy. Jednak straciła krew. Dużo krwi. Oparła się o kanapę.
-Jak się czujesz?- odgarnęła jej z czoła pokryte krwią, jasne włoski.
-Źle.
-Wiem. Postaram się ci pomóc. Jak masz na imię?
-Adelle.
-Bardzo ładnie. Ja jestem Nunca. Ale wszyscy mówią na mnie Nun. Ty też możesz, jak chcesz. Teraz muszę pójść do rynku. Zostaniesz z moją siostrą i moim bratem?- zapytała, wskazując dwójkę stojącą pod ścianą. Adelle tylko skinęła główką.
-To Lu i Mid, a to Adelle.
Była wyczerpana. Jednak widziała, co się działo na rynku. Wyszła z budynku i podbiegła na plac. Ludzie skupili się w jednym miejscu. Pośrodku siedział jakiś chłopak. Z lewej strony jakas dziewczyna przytrzymywała wyrywające się dziecko. Pokryte krwią z ogromną raną na nodze. Chłopak przyłożył do niej ręce. Zniknęła. Po prostu zniknęła. To samo zrobił z dwoma kolejnymi osobami. W tym momencie Nun ożywiła się.
-Hej!-krzyknęła głośno- nie wiem, jak to robisz, ale mam w mieszkaniu umierająca dziewczynkę. Możesz... No... Zrobić to co do tej pory? Nie zostało jej wiele czasu. Straciła mnóstwo krwi. To niedaleko stąd. Pomogłam jej, ale nie umiem przeprowadzać transfuzji krwi. Błagam, pomożesz mi?- spojrzała wyczekująco na nastolatka, który był wyraźnie wyczerpany.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Temi dnia Nie 20:47, 25 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Vringi
Game Master
Game Master


Dołączył: 01 Cze 2010
Posty: 452
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 12 razy
Ostrzeżeń: 2/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 22:35, 26 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]
- Błagam, pomożesz mi?
James przyjrzał się jej dokładnie. Od tak sobie przekroczyła jego strefę bezpieczeństwa. Do tego irytowała go swoim nachalnym spojrzeniem.
- Idź zapytać Miki'iego. - tamta odwróciła się w stronę Azjaty i ruszyła w jego stronę. Rudzielec rozejrzał się wokoło. Zero rannych - Ja tymczasem się zdrzemnę.
Rozłożył się w miarę wygodnie(o ile to możliwe) na gruzach.
I obserwował zamieszanie jakie zaczęło powstawać na placu. Kłótnię Miki'iego z dziewczyną podesłaną mu przez White'a. Ponowne zebranie się w tym samym miejscu społeczności Perdido Beach.
Przypatrywał się debatującej grupce dziewczyn. Mówiły coś o organizacji w mieście.
Dorośli ledwie co zniknęły a ci już do koryta.
Dopiero gdy z rozmowy wychwycił słowo "uzdrowiciel" po plecach przeszedł mu dreszcz. Rozejrzał się nerwowo, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
Sorry Miki, ale muszę spadać. Robi się gorąco...
James cicho podniósł się na nogi i spokojnie opuścił plac.

[20 minut później]
Leżał na plaży wpatrując się w Pacyfik. Fale prawie zniknęły. Każda kolejna była słabsza od poprzedniej.
Ocean umiera...
Z tym właśnie kojarzył mu się brak fal. Szum fal był niczym rytm bicia serca.
Dowód życia.
James podniósł głowę z piasku i spojrzał na zakapturzoną postać spoglądającą w stronę miasta.
- Ja bym tam teraz nie szedł. - powiedział w stronę tajemniczego osobnika. Wiedziony instynktem domyślił się że jest nim jeden z uczniów CA. Ale co mu do tego?
- Niby czemu? - zapytał tamten wyzywająco. White ujrzał pod kapturem tamtego twarz ozdobioną długimi jasnymi włosami.
- Bo gryzą się między sobą, kto będzie miał więcej władzy. Niczym polska szlachta. Koryto otwarte...
Tamten podrapał się po podbródku.
- Chyba masz racje. Jest jeszcze za wcześnie. Chris jestem
- James - odpowiedział już w stronę odchodzącego Christophera.
Nie ważne czy jest to dobre, czy złe, zniszczę to.
Dla ciebie jestem gotów to zrobić.
Gdybyś się tylko wtedy zainteresowała.
Jednak was wszystkich wołają wasze sumienia.
Chcesz wyjść na plus co ci tylko utrudni życie.

Uzdrowiciel ponownie zwalił się na piasek i zasnął.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Nefeid
Kurczak
Kurczak


Dołączył: 17 Maj 2010
Posty: 1503
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: łódź
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 13:00, 27 Wrz 2011    Temat postu:

Wybuch. Strzelanina. Christiane zajmowała się tym całą godzinę.
Oczywiście nie była sama, jakiś chłopak przyprowadził Uzdrowiciela i chwalił się tym wszystkim, którzy byli zainteresowani, a także tym, którzy mieli to gdzieś. Była też dziewczyna, która przeniosła wszystkie skały z rannych. W powietrzu. Christiane zanotowała w pamięci, że tamta ma moc. Nazywała się chyba Cassandra.
Podczas rozmowy z jakimiś dziewczynami - mniej więcej w jej wieku, mniej więcej rozsądnymi - postanowiła, że jej się nie chce.
- Rządźcie, dziewczynki. Opiekujcie się miastem. Na mnie już czas - uśmiechnęła się szeroko, poklepała je po ramionach, zostawiając kompletnie zdezorientowane.
Nie, nie zamierzała zupełnie rezygnować z władzy. Jednak doszła do wniosku, że na razie przyniesie jej więcej strat niż zysków. Jedyną korzyścią było... uśmiechnęła się. Połowa składu broni w całym Perdido w jej piwnicy zamkniętej na klucz.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Temi
Kameleon
Kameleon


Dołączył: 22 Sie 2011
Posty: 92
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 15:26, 27 Wrz 2011    Temat postu:

Nunca zorientowała się, że chłopak zniknął. Nie zważając na Mikiego, jak nazwał go Uzdrowiciel, który krzyczał coś do niej, zaczęła gonić uciekającego. Kątem oka dostrzegła chłopaka, z którym przed chwilą się kłóciła, jak wymachuje w jej stronę rękoma, krzycząc coś zawzięcie. Jednak ona nie słuchała. Biegła i biegła, a każdemu jej kroku towarzyszyło jedno uderzenie serca Adelle. Niewiele ich zostało. Bardzo niewiele... Zgubiła go. Nun nie miała w zwyczaju kląć, nawet w sytuacjach kryzysowych. Teraz wykrzyknęła jednak "KU*WA!!" na cały głos, tak, że dzieciaki stojące w pobliżu popatrzyły na nią ze zgorszeniem. Mimo wszystko pognała przed siebie. Dobiegła do plaży, twardy grunt zmienił się w sypki piach, co nieco spowolniło jej ruchy. W końcu padła z wyczerpania. Jej oddech unosił drobinki piasku. W pewnym momencie pomiędzy nimi ujrzała leżącą sylwetkę. Rozpoznała w nim chłopaka z uzdrawiającymi rękami. Momentalnie zerwała się na nogi i podeszła do niego.
-EJ!!!-bezceremonialnie szturchnęła leżącego- ej ty, wstawaj!-potrząsnęła jego ramieniem z całej siły.
-Nieeee...-padła niemrawa odpowiedź.
-WSTAWAJ, DO CHOLERY! Musisz mi pomóc! Musisz pomóc tej ośmiolatce! Nie rozumiesz, że ona zginie, jak zaraz do niej nie pójdziesz?! Rozumiem, że jesteś wyczerpany, ale stawiasz własny odpoczynek nad życie tego dziecka?!- wściekła kopnęła w piasek, który zasypał Uzdrowicielowi twarz. Nie miała z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Temi dnia Wto 15:28, 27 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Vringi
Game Master
Game Master


Dołączył: 01 Cze 2010
Posty: 452
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 12 razy
Ostrzeżeń: 2/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 20:32, 27 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]
- To wszystko? - zapytał zdegustowany wybuchem tamtej James. Te dwa słowa wystarczyły aby uciszyła się. - Prowadź. Miejmy już to za sobą
Wrócili do miasta. Niestety Nunce spotkała niemiła niespodzianka. White dwukrotnie zatrzymał się straciwszy ją z oczu.
Co było dość łatwe przy ciągłym wpatrywaniu się w niebo.
- Co ty wyprawiasz?!? Za rękę mam cie prowadzić?!?
Chłopak wzruszył ramionami. Było mu to kompletnie obojętne.
Zresztą to w jej interesie leżało życie tamtego dziecka. Chcąc, nie chcąc chwyciła go za rękaw i pociągnęła za sobą.
Nawet nie zauważył gdy znalazł się w jakimś mieszkaniu. 8-letnia dziewczynka leżała na kanapie.
- Ale mi się nie chcę dzisiaj pracować - skwitował podchodząc do dziecka i przyłożył dłoń do rany. Efekty było widać od razu. Rozdarte mięśnie i skóra łączyły się stopniowo w jedną całość.
Metodycznie szukał i zamykał rany w ciele małej. Jedna po drugiej.
Dużo czasu zajęło mu uleczenie wszystkich ran.
- Przeżyje? - zapytała Nun. Rudowłosy wzruszył ramionami.
- Może. Straciła dużo krwi. A tej nie jestem w stanie uzupełnić.
Jeszcze nie
Podniósł się z podłogi i ruszył w stronę drzwi. Szybki krok zmienił się w bieg. Gdy się zmęczył zaczynał marsz, aby za moment znowu puścić się sprintem przez miasto.
W końcu dotarł pod dom na którego drzwiach wejściowych wisiała tabliczka Lewis.
Clive Staples Lewis?
Nie obchodziło go że ktoś go może wywalić. Był zbyt zmęczony by o czymkolwiek myśleć. Wszedł do jakiegoś pokoju rozbierając się po drodze.
Położył się pod kołdrą w cudzym łóżku i od razu zasnął.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
zimowykalafior
Super Admin
<b>Super Admin</b>


Dołączył: 10 Wrz 2010
Posty: 2239
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 53 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Australijskie Skierniewice
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 13:59, 28 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]

-Potrzebujesz pomocy? - spytał Kim, zaglądając jej w oczy. Cass podniosła wzrok.
-Już nie - powiedziała po części zgodnie z prawdą. Rzeczywiście z ledwością udawało jej się utrzymywać postawę pionową i jedynym jej marzeniem było dostać się do domu. Jak najszybciej. A z tym jeszcze potrafiła sobie poradzić.
-Na pewno?
-Na pewno - uśmiechnęła się, po to by po chwili z powrotem przybrać ten zmęczony wyraz twarzy - Jeśli zgubię się po drodze, to ci powiem.
I odeszła. Omijała płaczące dzieci, starsze dzieci niosące ranne młodsze dzieci, marudzące dzieci i wszelkie inne dzieci. Udawała, że ich nie widzi, albo naprawdę ich nie widziała. Wzrokiem chciała sięgać gdzieś za horyzont, a drogę z placu do domu znała na pamięć.
Po piętnastu minutach zaczęło potykać się o własne nogi, ale była już blisko. Bardzo blisko.
Furtka była otwarta, drzwi tak samo. Weszła do domu. Już na korytarzu coś jej wizualnie nie pasowało, ale jeszcze sama nie wiedziała, co.
W kuchni chwyciła szklankę soku jabłkowego i skierowała się prosto do swojej sypialni, a tam... Niespodzianka. Spod kołdry na jej własnym łóżku wystawała ruda czupryna.
Cassandra cofnęła się do przedpokoju - i już wiedziała, co jej nie pasowało. Ubrania porozrzucane na podłodze.
Osobiście nie lubiła intruzów w swoim pokoju, więc niewiele myśląc wylała zawartość soku jabłkowego na głowę gościa. James tylko przewrócił się na drugi bok, zamrugał i spojrzał na nią nieprzytomnie.
-Co jest?
Lewis zagryzła wargi.
-Moje wyrko - wycedziła oskarżycielsko.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sandzej
Bez mocy
Bez mocy


Dołączył: 09 Sie 2011
Posty: 49
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 2/5
Skąd: Żary
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 20:45, 29 Wrz 2011    Temat postu:

[PB]
Sandżej po zabiciu psa musiał się przewietrzyć. Nigdy nie zabił nawet komara, no może raz czy dwa.
Brrr straszne uczucie, czemu ja to zrobiłem? Co on mógł zrobić tej dziewczynie...(tak na marginesie ładna jest) Ale on tak dziwnie szarżował, miał zielone, świecące oczy. Nie spodziewałem się ,że można mieć takie wyrzuty sumienia, może jak popływam to mi przejdzie.
Chłopiec rozebrał się, i wskoczył do oceanu.
Jaki ja gruby, muszę wreszcie schudnąć bo żadnej dziewczyny nie znajdę i ciągle będę tylko, i wyłącznie oglądał różne filmy z redtube czy innych i będę, będę... Doobra lepiej nie wspominać tego co robiłem...
W tym momencie podeszła do niego dziewczyna, przez którą zabił psa. Matt zaczął się wstydzić swojej „figury”.
-Czemu tu przyszłaś?- zakrzyknął wrednie
-Chciałam się tylko zapytać jak się czujesz, z tym co zrobiłeś.- odpowiedziała udawając, iż nic nie słyszała
-A jak myślisz? Jestem zadowolony z siebie i mam ochotę na więcej. Widzisz gdzieś psy? Bardzo chętnie pozabijam więcej zwierząt, może jeszcze kilku ludzi tak dla zestawu-odpowiedział ironicznie.
-Jacyś debile biegają z bronią po mieście, więc? Ubierzesz się bo coś mi tak niezręcznie?
-Oczywiście, my lady- powiedział zaczynając zbierać broń i się ubierać.
-Dziękuje, idziemy gdzieś??
-No cóż nie mam nic do roboty, więc... OK.
Nie spodziewałem się, że pójdzie tak łatwo, hehe.


P.S. Jeżeli ktoś ma jakieś propozycje do imienia dziewczyny to dajcie znać THANKS


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Forum GONE Strona Główna -> GONE - to tylko ETAP / Archiwum 3. Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
Strona 4 z 6

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin