Forum Forum GONE Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

[fan-fick] Ziraelwen

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum GONE Strona Główna -> Fan-Art-Fan-Fiction!
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R2-D2
Scoia'tael
Scoia'tael


Dołączył: 08 Gru 2011
Posty: 477
Przeczytał: 243 tematy

Pomógł: 26 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Lodowy Ogród (Midgaard)
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 22:03, 03 Sie 2013    Temat postu: [fan-fick] Ziraelwen

Tak, Arturowi przyszła chęć na spełnianie się literacko. Profanowanie uniwersum Wiedźmina konkretnie. Dużo tego na jeden raz, ale zapewne przez najbliższy czas nie będę miał jak kontynuować pisania (kochany remont), więc dopóki mam jeszcze motywację, można to pokazać nieco większej ilości ludzi. Nie pogardzę krytyką. To tego, miłego (buahaha...) czytania. D:

_______________________________________________________________________


Ludzie pragną chleba i igrzysk, nieważne gdzie się znajdujesz. Płynący złotem Novigrad, odpychające Aedd Gynvael, malownicze Bremervoord. Mentalność zawsze ta sama, wszyscy są siebie warci. Banda mnożących się jak króliki, krótko żyjących idiotów. A mimo tego, to właśnie oni wygnali nas w lasy i puszcze. Skazali na błąkanie się po całej Północy w poszukiwaniu schronienia i środków do życia. Szukaliśmy rozwiązania, a jakże! Wybraliśmy Nilfgaard, bloede arse. My im zaufaliśmy, poświęcaliśmy się atakując północne wojska w ich sprawie, a oni w nagrodę zakazali nam wstępu do „naszego” państwa, w dodatku oddając je w ręce nieprzyjaciela. Ale my nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Nie można wygrać z ludźmi? Och, w takim razie czekajmy na dzień, gdy ostatecznie wybiją się nawzajem, gdy ostatni z nich z dumą w głosie wykrzyczy „Zwyciężyłem!” pośrodku jednej wielkiej sterty pyłu i kości, którą tak dumnie dzisiaj zwą ludzkością.

Ach, wspomniałem o igrzyskach? No cóż, prawda jest taka, że czasem zapewniamy je im zupełnie przypadkiem.


PROLOG

Dzień miał się ku końcowi, słońce powoli kończyło swą mozolną wędrówkę po nieboskłonie. Właśnie wtedy przedmieścia Ban Ard ożyły. Ban Ard, znanego dzięki najlepszemu uniwersytetowi czarodziejskiemu dla mężczyzn, kopalni największych magów Północy. Ban Ard, będącego jednym z największych klejnotów w koronie Henselta, króla Kaedwen. Ban Ard, którego żołnierze wchodzili w skał wyborowej piechoty swojego kraju. Ban Ard, którego pospólstwo właśnie dostało swoje igrzyska, rozrywkę dla maści wszelkiej rzeźników, alchemików i kowali. Nikogo innego nie przyciągnie publiczna egzekucja ledwie złapanej anonimowej Wiewiórki.

Okolice te nigdy nie należały do miejsc nękanych przez Scoia'tael, toteż wielką sensację wzbudziło pochwycenie młodego elfa. Ludzie garnęli się tłumem w stronę oczekującego skazańca. Mury były prawie puste, nieliczni tylko strażnicy zdecydowali się na zachowanie swojej zmiany. Większość dezerterów znajdowała się w w dole, oczekując na atrakcję wieczoru. Na szczęście dla Iorwetha. Nigdy się nie nauczą, pomyślał i zabrał się za metodyczne usuwanie pozostałych wartowników. Czterech obstawiających mur kuszników straciło życie w niecałe dwie minuty. Imponujące, nieprawdaż? Kilkadziesiąt lat skradania się po lasach Północy pozwoliło mu doprowadzić swe umiejętności do perfekcji. Był zwinny jak jaszczurka, a szybkość ruchów wyniósł na poziom porównywalny z wiedźmińskim. Poruszał się niemal bezszelestnie, nawet podczas biegu. Przydomek Lisa Puszczy nie wziął się znikąd. Gdy ostatni z gwardzistów został unieszkodliwiony, elf dał znak poplecznikom. Ci w ciągu kilku chwil wdrapali się na mury i zajęli wyznaczone wcześniej pozycje. Dowódca jednym skinieniem przywołał do siebie Anuviel.

- Co z kratami?
- Zajęliśmy się nimi, gdy czyściłeś mury - powiedziała melodyjnym głosem.

Anuviel Iraelden miała nieco ponad trzydzieści lat. Wysoka i szczupła, o wielkich błękitnych oczach, które w połączeniu z długimi ciemnozłotymi włosami rzucały na kolana każdego, kto ją zobaczył. Była bardzo obiecującą czarodziejką, z naturalnym talentem do magii, jak na elfkę przystało. Ukończyła Aretuzę z wyróżnieniem, po czym wyruszyła do Dol Blathanna, by pobierać dalsze nauki od Enid an Gleanna, Franceski Findabair. Nie wytrzymała tam długo. Odstraszyła ją olbrzymia zależność Stokrotki od Nilfgaardu. Po roku opuściła Dolinę i zaczęła błąkać się po puszczach Doliny Pontaru, poszukując swoich pobratymców. Tak trafiła na Isengrima Faoiltiarnę. Przez krótki czas wspomagała legendarną brygadę Vrihedd swymi umiejętnościami. Tam pierwszy raz natrafiła na Iorwetha. Faoiltiarna ją zawiódł, podobnie jak Findabair był kolejnym elfem widzącym zbawienie w Czarnych. Po drugiej wojnie zniknął bez śladu, jednak do tego czasu Iraelden dawno opuściła formację. Natrafiła po raz kolejny na Iorwetha kilka dni po jego brawurowej ucieczce z Wąwozu Hydry, gdy ten zbierał sojuszników, by założyć, jak się później okazało, okryte najgorszą sławą komando Północy. Szybko stała się jedną z najlepszych kart w jego talii.

- Żadnych strażników? - dopytywał. - Pułapek?
- Jeden dh'oine pilnował ujścia ścieków, wyeliminowaliśmy go - odpowiedziała mu z uśmiechem na ustach. - W środku pułapek brak, ale natrafiliśmy na rodzinkę kuroliszków. Kogo masz zamiar tam wysłać?
- Wybiorę się osobiście - Młody musi dokładnie wiedzieć, co zrobić. - Cedric, Ciaran!
Chwilę później obaj byli już przy nim.
- Aep Easnilien, przejmiesz dowodzenie. Wiesz co robić, gdybym się spóźniał lub coś poszło inaczej niż zakładałem - energicznie poklepał swojego adiutanta i zwrócił się do drugiego elfa. - Cedric, idziesz ze mną na dół. Ubezpieczasz tyły i eskortujesz Baelega.

Słońce nieuchronnie zbliżało się do linii horyzontu, a księżyc wschodził nad miastem. Czas płynął, lecz Lis Puszczy nie wydawał się zaniepokojony. Wyglądał tak, jakby wszystko miał pod kontrolą.

Wtem w dole podniosła się wrzawa. Więźnia wyprowadzono na podest stojący dumnie pośrodku targu, dzisiaj specjalnie przearanżowanego na miejsce kaźni. Do wykonania wyroku zostało niewiele czasu. Ludzie przekrzykiwali się między sobą, wymyślając coraz to nowe sposoby wymierzenia kary banicie. Kilku bardziej przedsiębiorczych jegomościów zdawało się zbierać zakłady. Szybki rzut oka na podmiejski plac przyniósł pozytywnie nastrajające wieści. Spośród wielu wymyślnych technik pozbawiania życia, takich jak powieszenie, nadzianie na pal lub ukrzyżowanie, dzisiaj Kaedweńczycy upatrzyli sobie ścięcie głowy. Jedynym co krępuje młodego są więzy na kostkach i nadgarstkach. To może być prostsze, niż się spodziewałem. W polu widzenia nie było żadnego obcego łucznika lub kusznika, co zwiększało tylko szanse więźnia na ucieczkę.

- Elaine blath, jak długo zajmie Ci uwolnienie naszego przyjaciela od tych nieszczęsnych sznurów? Po cichu, rzecz jasna.
- Mogę to zrobić w kilka chwil - mruknęła z niezachwianą pewnością siebie - choćby i teraz.
- Nie, czekaj na mój znak.

Iorweth jednym płynnym ruchem zeskoczył z muru i skierował się w stronę Pontaru. Cedric poruszał się za nim jak cień. Rzeka płynęła na tym odcinku tak wartko, że była w stanie ponieść bez przeszkód w pełni zdrowego człowieka. Kilkanaście stóp dalej można było zauważyć wylot kanału ściekowego. Z nieukrywanym obrzydzeniem skierowali się w jego stronę. Nie do wiary, że robię to dla jednego małego sukinkota tylko dlatego, że jest kuzynem Isengrima.

Ruszyli w głąb tunelu. Według raportu Alyameldira, do przebycia mieli około stu stóp, po drodze trafiając na dwa skrzyżowania. Jak się okazało, raport był zupełnie niepotrzebny. Anuviel wypaliła na suficie ścieżkę prowadzącą do celu. Mądra dziewczyna, pomyślał Iorweth i brnął dalej przez kanały. Minęli po drodze kilka zdechłych już kuroliszków. W miarę jak zbliżali się do punktu docelowego, hałas robił się coraz większy.

- Cedric, zostań tutaj - pouczył go jednooki. - Gdyby jakiś dh'oine próbował mnie podejść, użyj strzał z paraliżującym jadem. Ostatnie, czego chcemy, to zdemaskowanie.

Upewniwszy się, że nikt ich nie widzi, wyszedł z kanałów. Ban Ard było niebrzydkim miejscem. Nawet podmiejskie zabudowania wyglądały ujmująco. Wszelkie domy, karczmy i inne budynki sprawiały wrażenie zadbanych i schludnych. Wzdłuż niektórych obiektów mieniły się kolorami tęczy wymyślne kwietniki. Miejscowi również nie wyglądali na złych ludzi. Elfowi prawie było ich szkoda. Za kilka minut najprawdopodobniej jeden z nich, a może nawet kilku, zakończy swe życie, przeszyty strzałą Scoia'tael. Chleba i igrzysk... Przypomniał sobie o spętanym towarzyszu i skupił się na swoim zadaniu. Możliwie najdłużej poruszał się wzdłuż cieni rzucanych przez mur, lustrując najbliższą okolicę, by następnie kilkoma szybkimi susami znaleźć się tuż za podestem.

- Baeleg - szepnął. - Baeleg, nie odzywaj się, nie rób żadnych gwałtownych ruchów. Jeśli mnie słyszysz, ściśnij obie dłonie w pięści.
Młody elf pospiesznie wykonał polecenie.
- Posłuchaj, odbijemy cię, o ile niczego nie spieprzysz. Anuviel przepali za chwilę więzy. Powinny opaść bez problemu, jeśli przez moment się powiercisz. Plan jest prosty, przynajmniej z twojego punktu widzenia. My robimy zadymę, ty rozpływasz się w powietrzu, gdy wszyscy odwrócą wzrok. W niewielkiej odległości za podestem masz wylot miejscowych ścieków. Skieruj się tam możliwie najszybciej i najciszej. I tak dh'oine będą wiedzieli, że to nasza robota, ale lepiej nie ułatwiać im pogoni. W środku będzie na ciebie czekał Cedric. On pokieruje cię dalej. Żadnych pytań, żadnej samowolki.

Lis Puszczy dał znak czarodziejce skrywającej się na murach. Więzy rozżarzyły się bladym blaskiem, a młody elf zadrżał. Spokojnie, dziecko, bo jeszcze zaczną coś podejrzewać. Kilka chwil później dowódca był już u boku Cedrica, którego również zaraz zostawił w tyle, po szybkiej wymianie spojrzeń. Pośpiesznym krokiem skierował się w głąb tunelu.

Za drugim rozwidleniem czekała go nieprzyjemna niespodzianka. Skolopendromorf. Yghern. Jak zwał, tak zwał. Wielkie robaczysko przecinało mu drogę. Ominięcie bestii graniczyło z cudem, co stawiało Iorwetha w niekorzystnej sytuacji. Mógł zaczekać do momentu, gdy pojawią się Cedric i Baeleg, a następnie bez problemu posiekać ygherna na plasterki z ich pomocą. Wybrał inną opcję. Lekkim krokiem ruszył w stronę skolopendromorfa, zwinnie unikając wijącego się cielska stwora. Kątem oka zauważył, iż ten delektuje się unieszkodliwionym przez Anuviel kuroliszkiem. Powoli wysunął krasnoludzki sztylet, który znalazł niegdyś w temerskich lasach. Nazwał go wtedy Dhu Gynvael, gdyż zrodzony został z czarnej jak noc mahakamskiej stali. Oręż ten wchodził w ciało przeciwnika jak w masło. Zostało tylko kilka kroków, by zbliżyć się do głowy bestii. Potwór nagle podniósł się do góry. To była szansa, na którą elf czekał. Rzucił się w stronę odsłoniętego podbrzusza i zamachnął, chcąc cięciem sięgnąć aż do gardła. Yghern był jednak szybki. Za szybki. Iorweth chybił. Nie miał czasu na rozpamiętywanie tego. Szybkim ruchem zawinął się w powietrzu i wylądował z fikołkiem. Brak doświadczenia w walce z takim przeciwnikiem znacząco zmniejszał jego pole manewru, nie miał jednak zamiaru się wycofywać. Wyczekiwał na posunięcie oponenta. Stwór błyskawicznie zwinął się, po czym wystrzelił w kierunku elfa. Jednooki finezyjnym przewrotem w przód zaskoczył bestię, po czym ciął ją w miękkie podbrzusze, a następnie poprawił mieczem, tnąc najgłębiej jak potrafił. Potwór szarpnął mocno, uwalniając się od intruza, lecz nie od jego stali. Ta utkwiła mu w trzewiach, powodując szybkie wykrwawianie. Srebrny miecz już by go wykończył. Zdezorientowany yghern próbował zwinąć się raz jeszcze, lecz poniesione straty, oraz głęboko wbite ostrze, stanowczo mu to utrudniały. Iorweth nie czekał. Wyjął swój bezcenny łuk i zaczął z zapamiętaniem szyć w każdą nieosłoniętą część bestii. Wystarczyło kilka strzał, by dobić przeciwnika.

- Pieprzone robactwo - mruknął, wyszarpując miecz z ciepłego jeszcze ścierwa.

***

- Celować w strażników - pouczył ich. - Ostrzeliwanie pospólstwa nie leży w naszym interesie, przynajmniej nie dzisiaj.
- Nadchodzą - szepnęła z podnieceniem Anuviel.

Na placu się zakotłowało. Przez tłum przedzierał się człowiek w niebiesko-czarnym kirysie i charakterystycznym turbanie na głowie. Eskortowała go dwójka podobnie ubranych mężczyzn, za nimi zaś podążał kat z ogromnym obosiecznym toporem w dłoniach.

- A to kurwi syn... - mruknął ze zdziwieniem jednooki.
- Kto to? Stary znajomy? - rzucił niezorientowany Velaryon. Był najmłodszym członkiem oddziału, liczył sobie zaledwie dwadzieścia pięć lat, a do kompanii Iorwetha zaciągnął się nieco ponad miesiąc temu.
- Vernon Roche! - zaintonował sarkastycznym szeptem elf. - Od blisko trzech lat dowódca oddziałów specjalnych w służbie Króla Temerii. Głównodowodzący pacyfikacji podgórza mahakamskiego, łowca elfów, morderca kobiet i dzieci. Dwukrotnie odznaczony za męstwo w boju - powiedział Lis pełnym jadu głosem.
- Niebieskie Pasy w środku Kaedwen? - jęknęła Anuviel. - Wieści szybko się roznoszą...
- Caelm, nie tracić koncentracji, zbliżają się. Przygotować strzały. Alyameldir, będziesz mi potrzebny - wysyczał mężczyzna.

Roche wchodził już na podest, gdy nagle...
- Spar'llan! - wykrzyknął elf. - Vort!

Syknęło czternaście cięciw, a na targu zapanował chaos. Krzyk zawisł w powietrzu jak poranna mgła, krew przelewała się po posadzce wartko niczym wody pobliskiego Pontaru. Akuku, sukinsynu, pomyślał banita i wycelował w Temerczyka. Druga salwa strzał poszybowała w stronę placu. Vernon rzucił się na ziemię w ostatniej chwili. Tymczasem Baeleg nie namyślał się długo. Dwoma szarpnięciami rozerwał nadpalone liny i biegiem wycofał się w stronę kanałów. Roche dojrzał to jako jedyny. Szarpnął się do góry i ruszył w stronę elfa. Po kilku krokach padł i zwinął się w spazmie bólu. Ciemnoczerwona jucha płynęła strumieniami z jego uda. Niech potraktuje to jako lekcję. Wolę nie ryzykować, że zastąpią go jeszcze większym psycholem.

***

Na murach pozostali jedynie Alyameldir i Iorweth. Reszta komanda zmierzała właśnie w stronę rzeki, by przekroczyć ją możliwie najszybciej. Gdy z ujścia ścieków wyłonili się Baeleg i Cedric, zwiadowca był już porządnie zniecierpliwiony.

- Na co jeszcze czekamy? Nie pamiętam, by było to w planach.
- Będą chcieli wysłać za nami pościg, plan trzeba lekko zmodyfikować - przypomniał mu starszy elf. - Właśnie podpadliśmy najbardziej pamiętliwej jednostce w całej Północy, nie zapominaj o tym.

Ruszył biegiem wzdłuż murów. Młody krewniak uczynił to samo.
- Przetniemy liny podtrzymujące okratowanie bramy - wyjaśnił jednooki. - Póki co ludzie są zbyt oszołomieni, by nas ścigać, a najbliższe wyjście z miasta znajduje się po stronie akademickiej.
- Rozumiem. Zanim się zorganizują, zapadnie zmrok.

Z wieżyczki strażniczej położonej na murze wychyliło się dwóch wartowników. Pierwszego Lis Puszczy zdjął z łuku prawie nie zwalniając biegu. Zanim spróbował zestrzelić drugiego, ten leciał w dół, przeszyty strzałą Alyameldira. Chłopak ma refleks.

Przyspieszyli kroku i barkami przebili się przez drzwi stojącego im na drodze zabudowania. Podniosła się wrzawa, w środku była czwórka grających w kościanego pokera gwardzistów. Iorweth płynnym ruchem wydobył sztylet z pochwy i skoczył w kierunku najbliższego wroga. Jednym susem pokonał odległość niecałych dziesięciu stóp i podciął wślizgiem przeciwnika. Rozległ się krzyk, a następnie odrażające bulgotanie spienionej krwi. Młodszy z elfów druzgocącym pchnięciem ugodził mieczem innego z wartowników prosto w płuco.

- To fisstech, nawet nie próbują się bronić! - wykrzyczał, wyciągając oręż z ciała mężczyzny i momentalnie doskakując do kolejnego oponenta.

Jednooki rzucił Dhu Gynvael prosto w głowę innego, gorączkowo próbującego się ukryć Kaedweńczyka. Faktycznie, zdziwił się jednooki, jak mogłem tego nie zauważyć? Chyba się starzeję.

Słodkawa woń narkotyku była wyraźnie wyczuwalna w pomieszczeniu. Fisstech był najpopularniejszym narkotykiem na świecie, z wyglądu przypominającym mąkę. Jego posiadanie i zażywanie było karalne, ale mimo to większość skonfiskowanego proszku zawsze znikała w niejasnych okolicznościach. Okolicznościach niejasnych jedynie oficjalnie, bo w rzeczywistości każdy co najmniej domyślał się, co dzieje się z narkotykiem po jego zarekwirowaniu.

Lis Puszczy usłyszał stęknięcie za swymi plecami. Prawie wydobył już miecz, gdy nagle zwaliło się na niego cielsko strażnika, którego podciął jeszcze kilkanaście sekund temu. Kolejny jęk, po którym przyszedł przypływ ciepła. Jucha, wszędzie jucha. Ale nie moja...

- Bloede arse, gar'ean! - wrzasnął Alyameldir. - Fisstechu się nawdychałeś? - dodał, wyraźnie szydząc z kompana.

Charakteru też mu nie brakuje. Iorweth odepchnął przyciskającego go do podłogi nieboszczyka. Bloede dh'oine. Zauważył w jego ciele dwie strzały - jedną w okolicach nerek i drugą w dłoni dzierżącej miecz. Chwilę później podniósł się przykry zapach niestrawionej treści żołądkowej, który w połączeniu z wonią narkotyku przyprawiał o mdłości.

- Wybacz, młody, nie mam pojęcia, co się właśnie stało - odrzekł jednooki, odzyskując swój sztylet.

Wyszli z pomieszczenia kolejnymi drzwiami i moment później byli już przy linach. Kilkoma cięciami udało się je w końcu naderwać. Resztę zrobiła grawitacja, krata opadła. Do ich uszu dopadły krzyki, posiłki niewątpliwie zbliżały się w ich kierunku. Oby reszta była daleko. W tym miejscu bezpośredni zeskok na ziemię był zbyt ryzykowny. W jednej chwili jednak podjęli tę samą decyzję. Wybili się z krawędzi obwarowań miasta i zwinnie niczym prawdziwe wiewiórki skoczyli na gałęzie tego samego drzewa, po czym z nieprawdopodobną gracją zaczęli przemykać się po konarach wybierając możliwie najszybszą i najbezpieczniejszą drogę w dół. Jest dobrze, miejmy nadzieję, że Ciaran zrobił co trzeba.

***

Noc była wyjątkowo spokojna, a okolica odludna. Po drodze nie trafili na ani jednego trupojada, brakowało również najpospolitszych endriag i krabopająków. Towarzyszyło im jedynie pohukiwanie sów i niekiedy nawoływanie wilków. Księżyc świecił jasno, wskazując drogę do celu. Ich wędrówka trwała już jakiś czas. Podchodząc do wzniesienia usłyszeli syknięcie strzały ostrzegawczej. Jesteśmy w domu. Brawo Ciaran.

- Kier-ke-gaard - zaintonował młody elf.
Z pobliskiego dębu zeskoczył tuż przed ich nosem Cedric.
- Hei-de-gger - odpowiedział. - Długo wam to zajęło.

Ruszyli w dalszą drogę. Dochodziła północ, gdy mężczyźni zjawili się w obozie ulokowanym na szczycie wzgórza. Było ono na tyle wysokie, że wprawne komando mogło zestrzelić stąd nawet dwustu nieprzyjaciół, zanim którykolwiek zdołałby się dostać na miejsce. Na górze również panowała cisza. Dwoje miniętych wartowników zasalutowało im, straż pełniła jeszcze kolejna para ulokowana po przeciwnej stronie, ale na to żaden z nich nie zwracał już uwagi. W ich głowach był już tylko sen.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez R2-D2 dnia Sob 22:34, 03 Sie 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum GONE Strona Główna -> Fan-Art-Fan-Fiction! Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin